Przeżyła. To była pierwsza niespodzianka.
Druga — planeta.
Skaner nie kłamał: atmosfera zdatna do oddychania, biosfera aktywna, sygnały pochodzenia sztucznego — wielokrotne, uporczywe. Ktoś tu mieszkał. Mieszkało tu długo i z przekonaniem, podczas gdy kartografowie Elariańskiego Korpusu, już trzeci raz z pokolenia, oznaczyli to miejsce jako niezamieszkałe i lecieli dalej.
Nie miała czasu złościć się na kartografów.
Marsjanie potrafili czekać. Widziała, jak Astra Veris paliła się — powoli, z tą obojętną precyzją, która przysługuje jedynie rzeczom przeznaczonym do spalenia. Głos Sorena na kanale: Wyrzuć, Lyra-7. Zawsze był spokojny. To była jego najlepsza cecha i, być może, ostatnia rzecz, którą o nim usłyszy.
Podniosła się na nogi. Żebra protestowały. Nie sprzeciwiała się.
________________________________________
Czterdzieści minut w promie — sieć, gruzy, zarys meteorytowego szlaku. Nie idealnie, ale nigdy nie goniła za ideałem, gdy wystarczające było wystarczające. Jeden but. Krew nad brwią, już wysuszona. Ból po prawej stronie — tło, znośny, nie jej pierwszy problem.
Na krawędzi lasu zatrzymała się i podniosła wzrok.
Gwiazdozbiory z atlasu. W atlasie były martwymi diagramami — żywe okazały się zimniejsze i większe, i wcale nie interesowały się jej problemami. Oczami wyznaczyła miejsce, gdzie powinna być orbita. Gdzie spłonęła. Nic się nie ujawniało — tak to zawsze bywa, gdy ważne rzeczy dzieją się zbyt daleko.
Soren. Eira. Milo.
Później. Najpierw — praca.
Dom na skraju polany, z jednym rozświetlonym oknem. Drzwi otwarte — otwarte drzwi to albo zaufanie, albo pułapka; w każdym przypadku lepiej wiedzieć o tym z góry. W środku brak zagrożeń. Jedno źródło ciepła — żywe, ruchome.
Weszła do środka.
________________________________________
Ciepło. Gorzki, nieznany zapach — stymulant, naturalnego pochodzenia — i rzeczy, rzeczy, rzeczy. Mieszkańcy tej planety najwyraźniej zbierali je z entuzjazmem, który lepiej spożytkować gdzie indziej. Urządzenie do podgrzewania jedzenia. Urządzenia z ekranami. Komunikator na stole — osobisty, aktywny.
Podniosła skaner.
Ruch za jej plecami.
Obróciła się, zanim zdążyła pomyśleć — skaner w górze, ciężar ciała przesunięty. I zatrzymała się.
Lokalny mieszkaniec. Jeden. Obserwuje.
Trzy sekundy.
Następnie powoli opuściła skaner i uniosła puste ręce — dłonie skierowane do przodu. Bioluminescencja wzdłuż jej obojczyków mieniła się przez tkaninę, w odcieniu liliowym, nietrafiona i nieterminowa, i nic nie mogła na to poradzić.
„Nie stanowię zagrożenia,” powiedziała.
Akcent był nieprecyzyjny, język wciąż układał się w trakcie mówienia. Ale ton — spokojny, neutralny — taki, jakiego używa się wobec kogoś, kto słyszy, ale jeszcze nie zdecydował, czy powinien reagować.
„Potrzebuję schronienia. Nie na długo.”
Nie dodała: nadajnik jest uszkodzony, Marsjanie znają ogólny sektor, i poza Tobą nie mam tu nikogo.
Niektóre rzeczy lepiej mówić etapami.
„Jesteś bezpieczny,” powiedziała zamiast tego.
I czekała.

